Życie z mężczyzną pod jednym
dachem wbrew pozorom nie jest łatwe, kiedy on ma w głębokim poważaniu
sprawy tak prozaiczne jak zaopatrzenie lodówki czy zamykanie okien na noc.
Regularnie o czwartej nad ranem zmagam się z framugą, bezładem
drobiazgów na parapecie i wypadającą zza szafy deską do prasowania,
uważając przy tym, by go nie obudzić. Prawdę mówiąc, wciąż nie rozumiem, po co Theo ta
deska, skoro i tak nie robi z niej użytku. Wyciąga ją tylko raz na
parę miesięcy, gdy mamusia zapowie wizytę, żeby łudziła się, że syn jakoś
radzi sobie poza rodzinnym gniazdem.
W niedzielne popołudnie leżę na kanapie, przykryta jego ulubionym
błękitnym kocem i przeglądam gazetę sprzed dwóch
lat. Nie łudźcie się, Theo na co dzień nie obcuje z prasą, w tę
pojedynczą stronę akurat coś było owinięte podczas przeprowadzki, po czym
zapodziała się gdzieś w ogromie wszystkiego.
- Wiedziałeś, że Denny Morrison
miał nie wystąpić na Igrzyskach? - Wołam w stronę sypialni, odszyfrowawszy
kolejny fragment kolumny sportowej. Theo grzebie pod łóżkiem w poszukiwaniu
czegoś bliżej nieokreślonego. Od dwóch dni chodzi nerwowy, ale nie
chce zdradzić powodu, mimo moich nalegań i subtelnego szantażu.
- Nie widziałaś gdzieś tych takich
śmiesznych czerwonych wstążeczek? – Pyta, stając w drzwiach. Ma na sobie
flanelową koszulę, zdecydowanie za małą i zbyt zakurzoną, by paradować w niej
przez życie. Kręcę głową bez entuzjazmu.
- Po co ci one?
Spuszcza wzrok, uśmiechając się
szeroko, co nie wróży nic dobrego.
- Zaprosiłem koleżankę na kolację
– mówi, wyraźnie tym faktem zachwycony. Ściąga ze mnie kocyk, po czym
składa go z nietypową dla siebie pedanterią. Ląduje na dnie szuflady,
razem z kubkiem po zeszłotygodniowej herbacie oraz pudełkiem
chusteczek.
Spoglądam na Theo z wyrzutem.
- Nie przesadziłeś przypadkiem?
- Tylko na dzisiejszy wieczór, obiecuję – przewracam
oczami, obdarowana błagalnym spojrzeniem.
- Ale posprzątasz tu w końcu?
Theo pokornie zabiera się za
usuwanie największego brudu na tyle, by dało się postawić kilka
kiczowatych ozdób i ewentualnie wcisnąć gdzieś butelkę wina. W ciągu
następnych trzech kwadransów stół pokrywa się artystycznymi plamami zapachowej
parafiny, a Theo już wybiera numer straży pożarnej, lamentując przy tym,
że chciał stworzyć romantyczny nastrój, że wcale nie zamierzał obrócić osiedla w kupę
popiołu. Szczęśliwie mebel okazuje się odporny na nikłe płomyczki świeczek
w kształcie serc. No, od biedy mogą te serca przypominać. Ostatecznie i
tak zostają zastąpione płatkami róż. Tych takich mydlanych, które podobno panie
w średnim wieku lubią wrzucać do kąpieli.
- I jak to wygląda?
- Zależy, jaki był zamysł – odpowiadam, nie chcąc
przekazać mu brutalnej prawdy, iż nieszczególnie imponująco. Zresztą nie ma to większego znaczenia,
panna nie pojawi się u nas drugi raz, choćby Theo był mistrzem
dekorowania wnętrz.
- No – stwierdza niepewnie – tak jakoś chciałem zrobić,
żeby był romantyczny nastrój…
Gaszę światło. Upycham nieszczęsną deskę nieco głębiej,
więc w rezultacie wystaje już tylko niewielki kawałek. Zapalam
pojedynczą świecę i stawiam ją na stole. Kto by się przejmował
zasadami feng shui?
Theo tymczasem zakłada inną, odrobinę lepiej dobraną
koszulę. Nieskazitelnie białą, aż jestem w szoku. W naszym mieszkaniu
nieskazitelna biel jest mitem, nikt jej dotąd nie widział. Trzęsącymi się
rękami zapina guziki, przystępując z przerażeniem do starcia z krawatem.
- Pomogę ci – oferuję, bynajmniej nie z altruistycznej
chęci zwiększenia szans na powodzenie jego randki. Muszę przyznać, że
w tym stroju wygląda całkiem nieźle.
Rozlega się dzwonek do drzwi.
Z mojego miejsca nie widzę dokładnie, ale Theo potyka
się o coś w przedpokoju, nim udaje mu się otworzyć wybrance.
Wchodzi do pokoju. Ma czerwoną sukienkę do kolan
i to w zasadzie jedyne, co mogę o niej powiedzieć. Jest
klonem wszystkich poprzednich, czasem aż zaczynam się zastanawiać, skąd Theo je
bierze. Identyczne, pozornie piękne, bez najmniejszej skazy. Puste,
niestety. I wyjątkowo tchórzliwe.
Ta mija mnie bez słowa, po czym siada na kanapie tuż
obok, jakby była u siebie w domu. Szczerzę się złowieszczo w stronę
współlokatora, a on ledwie zauważalnie kręci głową.
- Coś się stało, kochanie? – Pyta kobieta infantylnie.
Przedrzeźniam bezczelnie te jej słodkie usteczka i trzepotanie rzęsami.
Myślałam, że takie zachowanie kończy się na poziomie przedszkolnych zabaw, ale
dziewczyny Theo nieraz już mnie zaskoczyły.
- Pamiętasz tamtą wegetariankę, której wysmarowałam torebkę
świńską krwią? – Przypominam sobie nagle, bardzo z tego wyczynu zadowolona. Theo nie
odzywał się do mnie przez dwa tygodnie po tym, jak panienka
uciekła z krzykiem.
Zalewam świeczki kropelkami wody, aż gasną, sycząc
cicho.
Nasz gość od siedmiu boleści wstaje i podchodzi do okna bez
cienia konsternacji. Opiera się władczym gestem o parapet.
Boże, ta baba jest najgorsza ze wszystkich.
- Wypchnij tego maszkarona, będzie fajnie lecieć – sugeruję,
ale Theo ucisza mnie machnięciem ręki, którą następnie opiera na plecach
dziewczyny.
- Monika – szepcze takim głosem, że czuję natychmiastową
potrzebę ewakuacji.
Zaraz się zaczną przeciągłe spojrzenia, pocałunki, czułe
słówka – myślę ze zgrozą, pilnując, aby nie zemdleć na środku dywanu. Ledwie
udaje mi się dotrzeć do kuchni, osuwam się z ulgą na chłodne kafelki.
Muszę przejrzeć swój arsenał upiornych incydentów, to w
pierwszej kolejności.
Monika – krzywię się na sam dźwięk tego imienia – nie
wygląda na trudny przypadek.
Trzaskam talerzami. Wygrzebuję z szafki stare łańcuchy i
pędzę radośnie do salonu, wydzwaniając nimi ponurą Lacrimosę.
Nigdy jeszcze nie udało mi się dokończyć popisowego numeru,
zazwyczaj wszystkie uciekały po pierwszych nutach, ale ta wydaje się odporna na
dźwięki z zaświatów. Wciąż mam zaszczyt podziwiać amarantową tkaninę, opinającą
jej tłusty tyłek. No, chciałabym, żeby był tłusty, bardzo bym tego chciała.
Prycham, sfrustrowana brakiem reakcji. Jaki jest sens straszenia ludzi, kiedy
oni nawet nie wiedzą, że są straszeni?
Theo marszczy brwi, równie zaskoczony, ale na jego twarzy
maluje się również ulga. Wzruszam ramionami.
- Naprawdę muszę upaść tak nisko i zawodzić jej nad uchem z
zarzuconym prześcieradłem? – Jęczę, wysoce zdegustowana tą wizją.
W tym momencie Monika odwraca się. Nie podoba mi się jej
wzrok. Nie przeszywa mnie na wylot, jak to się zazwyczaj dzieje, tylko
zatrzymuje się na wysokości moich oczu.
- Nie musisz – dziewczyna zawiesza głos na widok
zaskoczonego Theo. – Nie musisz się o mnie martwić, sama trafię do wyjścia.
I wychodzi, głośno trzaskając drzwiami.
Theo pędzi za nią na złamanie karku, przeprasza, błaga o
wybaczenie, usiłuje tłumaczyć to, co słyszała, muzycznymi ekscesami sąsiadów,
lecz ona zbywa go tajemniczym uśmiechem. Wraca do domu załamany.
- Zawsze będziesz psuć mi wszystkie randki? – Zaczyna
standardowy dialog.
- Nie była dla ciebie odpowiednia – stwierdzam.
Wzdycha zrezygnowany.
- To co, oglądamy jakiś film?
Błękitny kocyk wraca do łask. Siadamy we dwoje na kanapie z
paczką solonych orzeszków. Ja i Theo. Jedyny akceptowalny duet. Theo jak zwykle
włącza „My Fair Lady” i wspólnie, przy czym on zapewne przez grzeczność,
stwierdzamy, że tak powinny wyglądać każde Walentynki.
Jedno tylko nie daje mi spokoju.
Dlaczego Monika mnie widziała?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz